Ks. Marcin Sęk - Płakali, kiedy oddawali syna Bogu

M SekMarcin jest jedynakiem. Gdy szedł na studia, rodzice myśleli, że niebawem przedstawi im dziewczynę. Opinia Opinia ksiądz Zbigniew Rakiej, wikariusz generalny Towarzystwa Chrystusowego w Poznaniu: - Często mówi się, że jest mniej powołań, ale nasza wspólnota, dzięki Bogu, nie narzeka na brak chętnych, którzy chcą wstępować do seminarium. Wynika to chyba z tego, że pojawiła się nowa fala emigracji i misje stają się bardzo aktualne. Od momentu wstąpienia do seminarium, do końca, czyli święceń, pozostaje zwykle połowa tych, którzy startowali na tej trudnej drodze. Do seminarium trafiają ludzie, którzy mają dobre chęci, ale w czasie tej drogi pojawiają się przemyślenia i wiele lęków. Bo przyszłość kapłańska nie jest łatwa. Jest to inny styl życia, samotność przez całe życie i oczywiście nauka, jak wszędzie, na swój sposób trudna. Niektórzy rezygnują, bo zdają sobie sprawę, że nie podołają pracy kapłańskiej. Wracają do dawnego świata, bo nie potrafią się odnaleźć w tym, do którego próbowali się dostać. To normalne. Zanim młody człowiek zostanie księdzem, ma dużo czasu, żeby przemyśleć swoją decyzję. A on oznajmił, że chce zostać księdzem. Płacz i lament rodziców sprawiły, że dał sobie spokój. Nie na długo. Po trzecim roku studiów wstąpił do seminarium. 

W 2007 roku Marcin został wyświęcony na księdza. To było dla wszystkich niezapomniane przeżycie. Rodzice ciągle jeszcze oswajają się z myślą, że wnuków bawić nie będą, ale wcześniejszy bunt zamieniają powoli w pogodzenie się z wolą syna i Boga.

Nic nie wskazywało, że Marcin Sęk z Goleniowa zostanie księdzem. Nawet ministrantem na dobre nie był, bo wytrzymał zaledwie kilka tygodni. Zawsze chodził do kościoła, bo pochodzi z religijnej rodziny, ale plany na życie miał inne. Pierwsza myśl o wstąpieniu do seminarium pojawiła się w klasie maturalnej.

Rozmowy z kaznodzieją, który odradzał młodemu chłopakowi takie decyzje w młodym wieku, przekonały jednak Marcina, żeby się wstrzymać. Jednocześnie te same spotkania wzbudziły w licealiście jeszcze większą chęć bycia księdzem. Dziś ksiądz Marcin mówi, że Bóg stawia na naszej drodze różnych ludzi, czasem krótka rozmowa z nimi może odmienić całe życie.

 

Wzywał mnie codziennie

- Dałem sobie jednak spokój na pewien czas - wspomina ksiądz Marcin. - Ale to jest tak, że jeśli ma się powołanie, to ono będzie wracać z jeszcze większym natężeniem. Tak było ze mną. Myśl o kapłaństwie wracała coraz częściej i mocniej. Pan Bóg mnie wzywał i ja to czułem. Trudno to wyjaśnić komuś, kto nie zna tego uczucia. To taki głos w środku. Miałem mnóstwo czasu na przemyślenie swojej decyzji, na zastanowienie się, czy służenie Bogu i ludziom to ma być moja droga życiowa. Zastosowałem się do rad wspaniałej postaci, obecnie mojego przyjaciela, księdza Marka Ciesielskiego, który zalecał rozsądek i danie sobie czasu. Dałem go sobie dużo. Po maturze trafiłem na polonistykę. Jednak z miesiąca na miesiąc czułem, że to nie to. Wtedy pierwszy raz powiedziałem rodzicom, że chcę zostać księdzem. Lament i płacz był taki, że od razu odstąpiłem od tego. Studiowałem nadal i nie wracałem do tematu.

Drugie podejście wykonał po trzecim roku studiów. Wtedy powiedział o swojej ostatecznej decyzji. Dojrzały i przekonany, że jego droga życiowa powinna wyglądać inaczej, oświadczył rodzicom, że wstępuje do seminarium.

- Bałem się ich reakcji, ale przyjęli to lepiej niż za pierwszym razem. Bez słowa sprzeciwu. Wiedziałem, że jest im trudno zaakceptować tę decyzję. Jestem jedynakiem. Ale wiedziałem, że kochają mnie i że nie jest to miłość zaborcza. Chcieli, żebym był szczęśliwy i dotarło do nich, że kapłaństwo to moje szczęście i mój świadomy wybór - mówi.

Pytają, czy to ta droga

Potem zdarzenia potoczyły się błyskawicznie. Zgłoszenie, egzaminy i sześć lat wyrzeczeń, trudnej nauki oraz szukania odpowiedzi - po co tu jestem? Ksiądz Marcin wstąpił do Towarzystwa Chrystusowego. Rozpoczął studia w seminarium w Poznaniu. Wybrał Chrystusowców, bo chciał pracować jako ksiądz dla Polonii zagranicznej.

- Studia, jak studia, na każdych trzeba się uczyć. W seminarium nauka powiązana jest dodatkowo z modlitwą i głębokimi przemyśleniami - opowiada ks. Marcin Sęk. - To jest właśnie najtrudniejsze, że podczas pierwszego roku studiów, czyli nowicjatu, każdy z nas musiał odpowiedzieć sobie na pytanie - co ja tu robię? Czy to jest moja droga? Potem jest bezgraniczne zawierzenie Bogu, zdanie się na Jego wolę i oddanie Mu sterów, bo to On zaczyna kierować moim życiem, wyznacza cel i prowadzi do niego.

Pan Krzysztof, ojciec księdza Marcina mówi, że kiedy syn wybierał się na studia polonistyczne, oboje z żoną wyczekiwali dnia, gdy syn przedstawi im swoją sympatię. Liczyli, że potem się ożeni i będą wnuki.

- A tymczasem życie układa swój scenariusz. Trudno się dziwić, że początkowo buntowaliśmy się. Sądziliśmy, że skończy filologię polską, założy rodzinę i będzie nas odwiedzał - wspomina pan Krzysztof. - Te plany rozwiały się i stąd był w nas wewnętrzny bunt. Syn powoli, przez trzy lata uświadamiał nas i przygotowywał do swojej decyzji. Nic nie mówił, ale czuliśmy to. W końcu, kiedy oznajmił nam, że wstępuje do seminarium, ani ja ani żona nie zaprotestowaliśmy. Chyba dojrzeliśmy do takiej świadomości, że przecież najważniejsze jest jego szczęście. Szczęście dziecka to szczęście rodziców. Tego się trzymaliśmy i to nam dawało siłę.

Sękowie przyznają, że nie tylko syn zadawał sobie pytanie podczas studiów w seminarium, czy dobrą drogę wybrał. Rodzice wiele razy zastanawiali się, czy to rzeczywiście powołanie. - Teraz trudno powiedzieć, kto kogo pocieszał i kto dla kogo był większym oparciem. Czas zrobił swoje i był nas wszystkich najlepszym lekarstwem - dodaje ojciec księdza Marcina.

Mama płacze do tej pory

Sękowie najbardziej dumni są z tego, że syn dokończył to, co zaczął. Dopiął swego i zrealizował swoje marzenie. Mama do tej pory ze łzami w oczach i wzruszeniem opowiada o wydarzeniach z ostatnich lat, a zwłaszcza tygodni. Mówi, że jeszcze nie ochłonęła z wrażeń.

Pod koniec maja ksiądz Marcin został wyświęcony. W kościele św. Katarzyny, w rodzinnym Goleniowie, zaraz po święceniach odprawił swoją pierwszą mszę prymicyjną. Na placu przed kościołem rodzice udzielili synowi błogosławieństwa. Pani Romualda nie mogła dokończyć przemowy, którą przygotowała. Płakała. Syn przytulił mamę mocno. Uśmiechał się. Potem, podczas swojej pierwszej mszy, pobłogosławił rodziców, znajomych i parafian, którzy tłumnie przyszli tego dnia do kościoła.

- To było niesamowite przeżycie. Byłem szczęśliwy. Z ambony widziałem wielu znajomych, kolegów i koleżanki, z którymi kończyłem goleniowski ogólniak, nauczycieli i sąsiadów. Z tamtej strony naprawdę wszystko widać - zapewnia ksiądz Marcin.

Nauczył nas pokory i czekania

Szedł do seminarium z myślą o wyjeździe na misję. Już nie może się doczekać, kiedy przełożeni wyślą go za granicę, żeby głosił słowo Boże wśród Polonii. Liczy na to, że trafi do krajów anglosaskich, choć - jak przyznaje - pociąga go tajemnica Wschodu. - Wiedzieliśmy, że wyjedzie. To było jego marzenie. Pocieszamy się jedynie tym, że w dzisiejszych czasach z zagranicy nie tak daleko do kraju. Zresztą syn nauczył nas przez ostatnie sześć lat, że w domu jest tylko gościem. Nauczył nas pokory i czekania. Najważniejsze, że zawsze będziemy na niego czekać i wiemy, że o tym pamięta - mówią rodzice księdza Marcina.

Agnieszka Tarczykowska / 8 lipca 2007 / www.gs24.pl

Posłuchaj - Super Produkcji Audio.

Biblia Audio

Top