Cóż, pozwólcie, że was zabiorę do czasów, kiedy św. Jan Vianney wstawiał się za ludzkość z taką gorliwością, że nawet Nike mogłaby uczyć się od niego determinacji.
Rozpoczynając dzień, który sprawia, że nawet pierwsza opcja jest zastanowieniem, czy to już pora na śpiew. O 1 lub 2 w nocy, Jan wstawał do modlitwy – serio, to już przesada! Po latach treningu w tej dyscyplinie można by odwołać zawody w skokach przez sen bez użycia budzika. „Prywatna modlitwa jest jak słoma rozrzucona tu i ówdzie...”, powiedział, i uwierzcie mi, nikt nie chciałby podpalić tej słomy, bo skutki mogłyby być katastrofalne!
Kiedy większość z nas zaspana zbiera się o 6 rano, Jan już jest w trakcie ceremonii mszy, która wywołuje łzy wzruszenia u niezawodnych. Trudno w to uwierzyć, ale mówi się, że nawet anioł w niebie zakłócałby twój śpiew, obserwując tę zjawiskową liturgię. Wyglądało na to, że stawiał na jakość, nie na ilość – wdzięk każdej mszy był niczym najlepsza komedia romantyczna: muzyka z odrobiną humoru i to samo serce dramatyczne!
Ale nie myślcie, że po mszy zasłużył na drzemkę. Wręcz przeciwnie! Przeciągał się jak kot, a potem zasiadał w konfesjonale na 16 godzin. Św. Jan miał taką moc, że gdyby istniał taki sport, byłby mistrzem świata! Jego słowa, takie jak „Dobry Bóg wam wybaczy, jeśli nie zwątpicie w Jego miłosierdzie”, były jak nadprzyrodzone zasilanie dla dusz, które przychodziły do niego po zmiłowanie. Prawdziwy król konfesjonału – polecam udać się do niego, jeśli jesteś dobrym człowiekiem po całym tym przytłaczającym dniu.
Kiedy już wydobył z siebie ostatnie resztki energii po spowiedziach, wyobrażam go sobie, jak wychodzi z konfesjonału z miną, jakby właśnie przebiegł maraton bez treningu. Zamiast tego, z wdzięcznością wznosił modlitwy ku niebu, tak jak matka nachodzi dzieci z tą samą troską, którą przekazuje po dniu w przedszkolu. Później? Jeszcze więcej nauki, nauczania, a także odwiedzania chorych! Jakby to było za mało, by zmęczyć przeciętnego śmiertelnika!
A kiedy zachodziło słońce, św. Jan miał swoje szczególne: „Uff, co za dzień, czas na wieczorną modlitwę!” Jego modlitwa nie kończyła się na niczym mniej niż różaniec i refleksja nad życiem innych świętych. Na koniec, kładąc głowę na twardym materacu, miał wyjątkową pokorę, której można by pozazdrościć. A jeśli zdarzyło mu się zasnąć przypadkowo, można powiedzieć, że „to tylko szczypta pokory”!
Na koniec, choć jego dni były pełne mądrości i, jak na mój gust, zadziwiającej umiejętności radzenia sobie z nieustannym wysiłkiem, nie zapominajmy, że każdy z nas ma dostęp do porcji świętości! Pamiętajmy, że św. Jan Vianney był przykładem, którego odrobina może nas pchnąć do działania. A jeśli nasze dni nie wyglądają tak jak jego, pamiętajmy – mamy każdą możliwość, aby być świętymi na swój sposób. Ale na pewno nie przed 10 rano!


